niedziela, 11 lutego 2018

3 x Django czyli kilka słów o westernowych genach

 .

Gdyby odstawić na bok formę i wziąć na warsztat treść – czyli to, w jakich realiach dany film się rozgrywa i o czym opowiada, ilość gatunków, odmian i kategorii westernów można ograniczyć do minimum. Szczególnie, że im dalej brniemy w nowoczesność, tym bardziej pomysłowo do koncepcji westernu podchodzą twórcy. Im dalej brniemy w kontrkulturę tym bardziej mielimy dokonania starych mistrzów niczym jedna wielka maszynka do artystycznego mięsa. Bez względu na to, czy komuś się to podoba czy nie – taki stan rzeczy musimy zaakceptować, bo w takim świecie żyjemy. Wypada pamiętać, że szeroko rozumianym westernem jest każdy film, który kojarzy się z dzikim zachodem i nawiązuje do tego unikatowego klimatu. Ale w węższym znaczeniu…
        No właśnie, w tym tekście chciałbym wspomnieć o trzech filmach będących w formie spaghetti westernami. Django Sergio Corbucciego z 1966r., Sukiyaki Western Django Takashi Miike z 2007r. i Django Unchained Quentina Tarantino z 2012r. O samych filmach nie będę się rozpisywał, bo traktuję je tylko jako pretekst. Ten pan-kulturowy tryptyk to świetne narzędzie do przedstawienia mojej filozofii. Ale nie tylko. Dzięki tym trzem filmom widać jaki wpływ na postmodernistów miał (i ciągle ma) western jako gatunek. Widać też jakie piętno na filmowej kulturze odcisnęła włoska stylistyka, stając się najbardziej rozpoznawalnym przykładem nieamerykańskich historii rozgrywanych na dzikim zachodzie – ostatecznie wkradając się w łaski pierwotnych twórców gatunku. Mało tego, gdyby dobrze poszperać w książkach i starych fotografiach, okazuje się, że każdy kontynent miał swój własny, specyficzny frontier, na którym rozgrywały się historię podobne do amerykańskich. A westernowa, zagraniczna fanzona chętnie do tego nawiązuje. Co to wszystko znaczy?
        Moim zdaniem miłość do westernów i fascynacja nimi sprawia, że kolejne pokolenia reżyserów i producentów rozpieszczają nas nowymi pomysłami na filmy kowbojskie. Zakochani w westernach widzowie czekają niecierpliwie na nowe odsłony. To uczucie jednak nie pomaga nam trzeźwo definiować westernu jako gatunku. Każdy robi to na swój sposób – za najwłaściwsze kryterium przyjmując ulubioną cechę. A wraz z biegiem lat, pojawiają się coraz trudniejsze do okiełznania przykłady i hybrydy westernowe. Krytycy, dziennikarze i blogerzy prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych przedrostków dla słowa western. Wszystko po to, żeby dało się kolejną egzotyczną wariację podpiąć pod ten gatunek. Ja nie jestem ani bardzo konserwatywny, ani bardzo liberalny. Reprezentuję umiarkowany konserwatyzm, nawiązanie do korzeni westernu, a zarazem opowiadam się za implozją nazw i podziałów. Dlatego jest mi bardzo na rękę sprowadzić je do trzech głównych kategorii, które omówię na przykładzie trzech różnych filmów o tytule Django:

         Zaczynamy od podstawowego gatunku filmowego, który reprezentuje Django Unchained. Ten film wbrew obiegowej opinii tylko w niewielkim zakresie jest spaghetti westernem. Nawet jeśli sam Quentin Tarantino twierdzi inaczej, to ja się z nim niechętnie zgadzam. To jest po prostu Western – choć nowoczesny i stylizowany na spaghetti. Nazwanie Django Unchained spaghetti westernem, to tak jak nazwanie Kill Billa chińskim martialem. Bo też tematyką i stylistyką przypomina martiale, a akcja częściowo dzieje się na dalekim wschodzie. To samo tyczy się Nienawistnej Ósemki (The Hateful Eight) z 2015r.
        Amerykański western jako gatunek wciąż ewoluuje, i ciągle zmienia stylistykę i przekaz. Najpierw był Westernem Niemym jak w przypadku Napadu na ekspres Portera. Na początku dwudziestego wieku pionierzy kinematografii przypieczętowali obecność filmów o dzikim zachodzie, i tylko potrzeba było czasu i innowacji technologicznych, żeby powstały największe arcydzieła gatunku. Stało się to kilka dekad później, gdy narodził się Western Klasyczny reprezentowany choćby przez Rzekę Czerwoną Hawksa. Właśnie w latach czterdziestych i pięćdziesiątych western osiągnął apogeum zarówno fabularne jak i artystyczne, stając się monumentem kinematografii i pozostawiając po sobie największe tytuły. Następnie nadszedł kryzys i upadek starego Hollywood, a gatunek wyewoluował w Western Rewizjonistyczny co możemy obserwować na przykładzie zarówno wczesnej rewizji jak Strzały o zmierzchu Peckinpaha, jak i późnej - vide Tańczący z wilkami Costnera. Te nowe pokolenia amerykańskich reżyserów, konkurując z twórcami europejskimi i starymi klasykami, mniej więcej od początku lat 60'tych rozpoczęły proces redefinicji gatunku – chcąc odświeżyć go, odmitologizować i dostosować do percepcji kolejnych generacji. Był to proces długi i niejednostajny, ale w końcu filmy o dzikim zachodzie stały się Westernami Nowoczesnymi, łączącymi wcześniejsze dokonania w jeden wielki kocioł czarownic. Dziś Western to bardzo szeroki wachlarz stylistyczny, w którym mieszczą się zarówno realistyczna, traperska Zjawa Inarritu, jak i przerysowane, stylizowane na spaghetti obrazy Tarantino. Jednak wszystkie wyżej wymienione filmy mają ważny wspólny mianownik, bez którego trudno byłoby je nazwać Westernami Właściwymi. Są nakręcone przez Amerykanów, a ich akcja dzieje się na amerykańskim pograniczu. Warto w tym miejscu podkreślić pewien paradoks. Wyśmiewane w latach 60'tych w Stanach Zjednoczonych spaghetti westerny, w swym apogeum zrodziły kilka arcydzieł kinematografii, a dziś mają znaczący wpływ na hollywoodzkich twórców, czego przykładem są wyżej wymienione obrazy Pana Quentina.
        Drugim najważniejszym gatunkiem jest Western Nieamerykański, który reprezentuje film Django Sergio Corbucciego. Dziś Westernami Spaghetti określa się filmy posiadające pewne formalne cechy, mające swe korzenie w twórczości klasyków włoskiego westernu jak Leone czy Corbucci. Ale ja na swoje potrzeby rozszerzam nieco to pojęcie, zachowując jednak świadomość różnic w stylistyce. Dlaczego? Dla ułatwienia. Początkowo terminem spaghetti nazywano filmy włoskie, ale wielu badaczy rozszerzało ten termin też do westernów hiszpańskich, brytyjskich, francuskich, niemieckich, a nawet z innych krajów Europy. W pewnym momencie western spaghetti stał się na tyle popularnym i wpływowym zjawiskiem, że wyszedł poza swoje pierwotne podwórko i stał się symbolem globalnym. Nadużywano tej nazwy, ale i próbowano wielu innych nazw, które tylko utrudniały definicję westernowej treści. Koncepcja uniwersalnego „Westernu Nieamerykańskiego” mnie przekonuje na tyle mocno, że do tej kategorii jestem skory zaliczyć nie tylko spaghetti western, ale wszystkie nieamerykańskie westerny, których akcja dzieje się na amerykańskim pograniczu. Bez względu na przekaz, walory wizualno-dźwiękowe i rok produkcji.
        Tutaj należy pamiętać przede wszystkim o dwóch nacjach. Idąc chronologicznie - o Niemcach, którzy dzięki fenomenowi Karola Maya i jego spuściźnie jako jedni z pierwszych nieamerykanów kręcili westerny na większą skalę i to jeszcze przed wojną: Fortuna Franka Hansena z 1917r., Król Kalifornii z 1936r. No a w latach sześćdziesiątych nastąpił westernowy boom, którego owocem był szereg ekranizacji Maya. Po dziś dzień (nawet chyba bardziej odczuwalnie niż Włosi) Niemcy szczycą się swoimi westernowymi tradycjami i od czasu do czasu wypuszczają jakiś western, np. Złoto z 2013r.
        Drugą nacją są oczywiście Włosi, których zamiłowanie do westernów, energia i wielki artyzm przypieczętowały spaghetti western jako oddzielny gatunek, nadając mu szereg rozpoznawalnych cech. Choć nie od razu stały się one jadowitymi operami, w których główne skrzypce grali cyniczni antybohaterowie. Początkowo bardziej przypominały amerykańskie B-westerny. Dopiero za sprawą twórczości takich reżyserów jak Sergio Leone, Sergio Sollima, Sergio Corbucci, Duccio Tessari narodził się właściwy spaghetti western.
        Westerny, których akcja rozgrywała się na amerykańskim pograniczu, produkowały też inne kraje europy zachodniej. Jako przykład można podać hiszpańską Dziką ziemię z 1962r. francuską kooperację Strzelby dla San Sebastian z 1968r. Ale takie westerny kręcono też w bloku wschodnim. Te ostatnie, z uwagi na różnice w formie i przekazie, nazywano dla odmiany easternami. Są to np. czechosłowacki Lemoniadowy Joe z 1964r., czy radziecki Jeździec Bez głowy z 1972r. Jednak mimo znaczących różnic w formie, wszystkie powyższe filmy mają ważny wspólny mianownik – nieamerykański rodowód i akcję dziejąca się na dzikim zachodzie. Czy to będzie włoskie Twarzą w twarz Sollimy, czy niemieckie Winnetou, złoto Apaczów Reinla, czy meksykańskie Giwery i Flaki Cardona Jr.
        I to tyle jeśli chodzi o westerny właściwe, czyli filmy dziejące się na dzikim zachodzie. Cała reszta to filmy naśladujące western. Raz z lepszym raz z gorszym skutkiem. Można je nazywać wielorako, w sumie jak kto chce. Można je też po prostu nazywać westernami jak wszystkie inne, ale nie ma to większego znaczenia. Chodzi o to, żeby mieć świadomość na czym polega różnica i nie zapominać czym jest western właściwy i skąd się wywodzi. Wielu krytyków, przypinając filmom łatki gatunkowe, kieruje się przede wszystkim stylistyką filmowo-artystyczną. No i jest w tym sporo racji, bo japoński Sukiyaki Western Django z 2007r. bardziej przypomina włoski western niż np. niemiecki czy amerykański. Owszem, ale tylko w formie. W swoich rozważaniach zapominamy o tak ważnych kryteriach jak historia, geografia i obyczajowość, które to kwestie są nieodłączną domeną gatunku. Dla mnie najważniejszą. W związku z powyższym wyżej wymieniony film – Sukiyaki Western Django westernem właściwym nie jest. Jest japońskim filmem akcji stylizowanym na spaghetti western. Dlaczego? Dlatego, że akcja nie dzieje się na amerykańskim pograniczu.
        Podobnie westernami nie będą nasze rodzime filmy Prawo i pięść Hoffmana i Wilcze Echa Ścibora-Rylskiego, których akcja dzieje się na ziemiach odzyskanych. Nie będzie nim stylizowany na spaghetti western, koreański Dobry, zły i zakręcony, którego akcja dzieje się w Mandżurii. Nie będzie nim też niemiecka Mroczna Dolina z 2014r., bo fabuła toczy się w Austrii. Nie będą to także filmy rozgrywające się na pozaziemskim frontierze jak Odległy ląd Hyamsa i Księżyc Zero Dwa Bakera. Westernami nie będą też dramaty o współczesnej fabule, jak To nie jest kraj dla starych ludzi Coenów, Dajcie mi głowę Alfredo Garcii Peckinpaha czy Czarny dzień w Black Rock Sturgesa, bo dzieją się w czasach, gdy już nie było pogranicza. Dla ułatwienia określa się je mianem contemporary westernów. Idąc tym tropem, filmy dziejące się w czasach zanim jeszcze powstało USA, jak Będbny nad Mohawk Forda czy Ostatni Mohikanin Manna to też nie są westerny tylko filmy przygodowe, dla ułatwienia nazywane westernami kolonialnymi.
        Westernami właściwymi nie są też australijskie westerny, bo nie dzieją się na dzikim zachodzie. Ale wg mnie pod kątem treści należałoby je potraktować na równi z właściwymi westernami nieamerykańskimi. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze australijski frontier kulturowo, religijnie i obyczajowo prawie nie różnił się od amerykańskiego. To też była brytyjska kolonia. Też zasiedlali ją anglosascy emigranci; też mówili po angielsku; też wyznawali podobne religie; nosili podobną broń; zamiast Indian mieli Aborygenów; preferowali podobną zabudowę; dysponowali podobnymi plenerami. Po drugie i najważniejsze Australijczycy byli pionierami westernowej kinematografii równolegle do Amerykanów. Ich filmowcy kręcili już w pierwszych latach kina na co najlepszym przykładem jest film The Story of Kelly Gang z 1906r. Charlesa Taita, który uważany jest za znaczący przełom kinematografii. Ten western to zarazem pierwszy w historii kina film fabularny (feature film) – czyli film o cechach (odpowiednia długość, konstrukcja fabularna, itp), które z niewielkimi zmianami definiują filmy po dziś dzień. Tak więc myślę, że można mówić o oddzielnej kategorii Australijskich Westernów. Będą to np. niemy Napad z bronią w ręku (Robbery Under Arms) z 1907r. Charlesa MacMahona, ale i nowoczesna Propozycja (The Proposition) z 2005r. Johna Hillcoata.
        Podsumowując powyższe rozważania i biorąc pod uwagę te proste trzy kryteria, teraz już bez trudu każdy film można szybko i sprawnie zweryfikować pod kątem Treści Westernowej. Wystarczy zastanowić się, czy dzieje się na dzikim zachodzie czy poza nim. Gdy już ustalimy, że akcja toczy się na amerykańskim pograniczu i będziemy pewni, że to western właściwy – należy zastanowić się, czy nakręcili go Amerykanie czy nie. Jeśli tak – western, jeśli nie – western nieamerykański. Mamy XXI w. i dziesiątki przeróżnych podgatunków filmu kowbojskiego, tylko komu chciałoby się je wszystkie pamiętać.

        Jednak mimo tych prostych zasad zawsze znajdą się pozycje trudne do zdefiniowania i mam w związku z tym konkursową zagadkę. Znacie takie dwa filmy: Westworld z 1973r. Michaela Crichtona i Kowboje i Obcy z 2011r. Jona Favreu? Oba pod względem techniczno-stylistycznym to hybrydy westernu i fantastyki. Ale gdybyśmy zapomnieli o fantastyce i spojrzeli na powyższe kryteria, to któremu z nich bliżej do właściwego westernu i dlaczego? Co istotnego różni te dwa filmy? Czekam na propozycje...

sobota, 16 grudnia 2017

Mąż Indianki (The Squaw Man) - 1914r.

Mąż Indianki (The Squaw Man) z 1914r. stał się kamieniem milowym kinematografii, a przy okazji westernem pełnym ciekawostek. Warto nadmienić, że to pierwszy film fabularny nakręcony w Hollywood. W ogóle westerny w czasach kina niemego miały w sobie gen przełomowości, bo przecież pierwszym filmem fabularnym w dziejach światowej kinematografii też był western, a dokładnie western australijski pt. Gang Kelly'ego (The Story of Kelly Gang) z 1906r. w reżyserii Charlesa Taita. Przy okazji Mąż Indianki jest też debiutem za kamerą Cecila B. DeMille'a, reżysera który w Hollywood zrobił potem dużą karierę, a jego dzieła powstawały jeszcze niemal pół wieku. Pierwowzorem dla Squaw Man był broadweyowski spektakl pod tym samym tytułem z 1905r., na podstawie którego potem powstała powieść, a także trzy ekranizacje – wszystkie autorstwa Cecila DeMille’a.
         Film opowiada dzieje angielskiego dżentelmena, Jamesa Wynnegate'a (przyzwoita rola Dustina Farnuma), który ratując honor rodziny, bierze na siebie odpowiedzialność za zdefraudowanie pieniędzy i pod przybranym imieniem Jim Carston emigruje do Ameryki. W Nowym Jorku ratuje przed kieszonkowcami pewnego ranczera, który w zamian proponuje mu wspólny wyjazd na zachód. Jim przyjmuje propozycję i wyrusza do Wyoming, gdzie podejmuje pracę jako nadzorca. Szybko wdaje się w konflikt z rewolwerowcem Cashem Hawkingsem (świetny epizod Williama Elmera) i zakochuje się w Indiance Nat-U-Ritch (bardzo dobra Red Wing), po tym jak dziewczyna ratuje mu życie. W międzyczasie w Europie ginie sir Henry – hrabia rodu Kerhill. Rodzina postanawia odszukać Jima będącego spadkobiercą tytułu i sprowadzić go z powrotem do Anglii.
         Film ma w sobie pewną wzorcowość i charakterystykę, w której można doszukać się wielu innych widowisk, zarówno tych sprzed jak i tych po roku 1914. Realizuje doktrynę „go west” i choć dzieje się w czasach zmierzchu dzikiego zachodu (na moje oko to pierwsza dekada XXw) to jest obrazem tak uniwersalnym, że po zmianie kilku drobnych szczegółów, tę historię równie dobrze można byłoby datować na początek XIXw. lub na połowę wieku XX. Głównym bohaterem jest europejski wyrzutek, zmuszony do poszukiwania szczęścia za oceanem – no klasyczny motyw epickich fabuł filmowych, takich jak Za Horyzontem Rona Howarda. Brak tu jeszcze rozmachu, ale nie da się nie odczuć wagi scenariusza, w którym znalazły się zarówno gonitwy koni w Anglii; oceaniczny rejs statkiem; nowojorskie bankiety; przygody w saloonach, na ranczach i w dzikich ostępach Yellowstone albo indiańskich obozach.
         Co jeszcze? Są tu pierwiastki, które inspirowały ówczesne amerykańskie kino, szczególnie tematyka indiańska i magia ekranu. Nie zabrakło sztuczek wizualnych jak choćby scena, w której obraz podzielony jest na dwie części, gdzie po prawej stronie widzimy snującego opowieść Jima, a po lewej flashbacki z jego pamięci. Jest tu sporo Jamesa Younga Deera – ba! gra tu w końcu jego żona Princess Red Wing i robi praktycznie powtórkę z Poświęcenia Białego Jelenia. Jej postać Nat-U-Ritch zostaje żoną Jima Carstona i ten związek ukazano jako tragiczny, ponieważ oboje należą do innych cywilizacji (są przeznaczeni do odmiennych celów). U Deera też katalizatorem dramatu była wiadomość, że Biały mąż dziedziczy spadek w Londynie, co posunęło indiańską żonę do próby samobójczej. Gdy wspomnimy wyśmienitą Ramonę Griffitha (tam notabene też wystąpiła Red Wing), gdzie miłość między Indianinem i Latynoską doprowadziła małżonków do tragedii – widzimy, że ówczesne ekranowe mieszane małżeństwa nie kończyły się happy endem i był to mocny trend w kinie. W ogóle świetne jest to, że w czasach debiutu DeMille'a wciąż jeszcze możemy delektować się niezależnością twórczą, bo przecież w epoce kodu mieszane związki sprowadzano raczej do tła dla fabuł jak w fordowskiem Dyliżansie, a o takie mocno uwypuklone jak ten z Pojedynku w słońcu Vidora było raczej trudno, no i podobnie nie kończyły się zbyt szczęśliwie.
         Słabszą stroną omawianego filmu jest dla mnie Dustin Farnum. Zagrał przyzwoicie, ale nie przekonał mnie. Brakowało mu charyzmy i emanował typowym dla kina niemego scenicznym stylem aktorzenia. Czasem się to sprawdzało, ale akurat w tym przypadku, ekranizując sztukę broadweyowską, twórcom powinno zależeć na odcięciu teatralnej pępowiny i stworzeniu czegoś zupełnie nowego. Czterdziestoletni wówczas Farnum, zamiast dodawać wydarzeniom świeżości i epickości, czynił je bardziej kameralnymi niż wynikało to z pracy kamery. Główna rola prosiła się moim zdaniem o kogoś młodszego, nie zmanierowanego tak bardzo rutyną teatralną. Kreacji w stylu Ricardo Corteza z Pony Express. Z drugiej strony ekranowa partnerka Farnuma czyli Lillian St. Cyr też była wtedy po czterdziestce. A no właśnie - Red Wing w roli Nat-U-Ritch sprawdziła się o wiele lepiej. Ta charakterystyczna aktorka w indiańskich rolach wypadała wyjątkowo naturalnie – do tego wyróżniała się drobną figurą i świetnie dobranymi strojami i fryzurami, co kamera bardzo lubiła. Należy też docenić fakt, że zaufaniem darzyli ją najważniejsi westernowi twórcy omawianego okresu.
Poza głównymi bohaterami w oczy rzuca się drugi plan, czyli aktorzy charakterystyczni dla filmów DeMille’a. William Elmer w roli złego Hawkingsa i Winifred Kingstone jako Lady Diana. Cała ta ekipa wystąpiła jeszcze w tym samym roku w innym znanym westernie DeMille’a pt. Wirgińczyk (The Virginian). W tamtym filmie role podobnie się rozkładały, bo Farnum znów gwiazdował, Elmer grał złego Trampasa, a Kingstone piękną, wykształconą Molly. No i w Wirgińczyku też najmniej podobał mi się odtwarzający tytułową rolę Farnum, więc jak widać nie jest to mój typ gwiazdora.

         Podsumowując, The Squaw Man to tytuł, o którym można pisać i pisać. Rozkładać poszczególne sceny i aktorów na czynniki pierwsze i porównywać do innych. I naprawdę coś w tym jest, że Męża Indianki okrzyknięto pierwszym filmem fabularnym - czyli posiadającym nie tylko odpowiednią długość (ok. godziny), ale też i szereg cech w scenariuszu, montażu i grze aktorów – bo od razu przychodzą do głowy porównania z tym, co kiedyś już tam się widziało. Dodam, że to więcej niż western. Jednocześnie film przygodowy i melodramat. Moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla maniaków kina. Polecam.


sobota, 2 grudnia 2017

Synowie prerii (Tumbleweeds) - 1925r. i Trzech złych ludzi (3 Bad Men) - 1926r.

Poniższy artykuł jest westernową częścią zbiorowej pracy opisującej 12 filmów z epoki kina niemego opublikowanej na blogu Panorama Kina. Tytuł artykułu to Rozkosze Kina Niemego, a całość możecie przeczytać TU.


Synowie Prerii (Tumbleweeds) - 1925r.
Produkcja - William S. Hart (Reżyseria – King Baggot);

Czy to nie ciekawe, że jeden z najwspanialszych westernów kina niemego Synowie Prerii (Tumbleweeds) to zarazem ostatni film w długiej i owocnej karierze Williama Harta? Warto obejrzeć, oprócz tej z 1925r., wersję z 1939r., z dograną wzruszającą przedmową Harta, w której już jako 75'latek opowiada o swoich odczuciach związanych z kręceniem filmów.
         Nigdzie nie znalazłem tłumaczenia tytułu Tumbleweeds, więc postanowiłem to zrobić samemu. Tumbleweeds to takie krzaczki na prerii, zwane potocznie w polskim języku słowem biegacze, ale zostawiamy dosłowne tłumaczenia. Tytuł można byłoby przetłumaczyć jako Kowboje, bo właśnie słowem tumbleweeds określano panów przeganiających bydło wzdłuż frontieru. Nie oddawałby to jednak ducha filmu, a poza tym jest już taki western z J. Waynem. Tumbleweeds to mężczyźni odłączeni od rodzin, zwykle w bardzo młodym wieku, przemierzający puste pogranicze, niczym te samotne kępki trawy oderwane od korzeni i niesione przez wiatr. Tacy właśnie synowie prerii.
         Synowie Prerii są na swój sposób dziełem wyjątkowym – zrównoważonym, nowatorskim i uniwersalnym. Podejmują tematykę kowbojstwa, jako stylu życia mężczyzn pogranicza i zderzenia ich z nadchodzącą cywilizacją. To, co w pierwszych dekadach westernu najbardziej ciekawiło widzów. Główny bohater filmu, Don Carver (wyśmienity William Hart), zakochuje się w młodej dziewczynie o imieniu Molly Lassiter (niezła Barbara Bedford) i postanawia zapuścić korzenie. Nadarza się okazja, bo na terytorium Oklahomy ogłoszono wyścig po ziemie należące wcześniej do Indian Cherokee. No i właśnie, w filmie pojawia się historyczny wątek wyścigu po ziemie (tzw. land rush). Później wielokrotnie wykorzystywany w hollywoodzkich produkcjach: vide Cimarron Wesley’a Rugglesa z 1931r. (też wersja w reżyserii Anthony Manna z 1960r), Za horyzontem (Far and Away) Rona Howarda z 1992r., no i w nieco innym kontekście w Trzech złych ludziach (3 Bad Men) Johna Forda z 1926r.
         No i jeszcze kilka słów o głównych aktorach – William Hart i Lucien Littlefield zagrali niezapomniane role. Carver to typowy ramrod – doświadczony szef, twardy, o solidnym kręgosłupie moralnym i zdolnościach interpersonalnych. Z kolei Kentucky to dziecko prerii – kowboj z krwi i kości – umorusany brudem, prosty i szczery do bólu, wychodząc do ludzi nieco fajtłapowaty. Trochę przypominający kaprala Casey z Żelaznego Konia (Iron Horse) Johna Forda z 1924r. Jak to zwykle u takich gości bywa niepewnie czują się w towarzystwie kobiet. Błyskawicznie pakują się w kłopoty i dają we znaki lokalnym szwarccharakterom. Zarówno fabularnie jak i aktorsko obaj panowie perfekcyjnie się uzupełniają: bawią i wzruszają.



Trzech złych ludzi (3 Bad Men) - 1926r.
Reżyseria – John Ford;

No właśnie - na temat podwójnego artykułu z premedytacją wybrałem Tumbleweeds i 3 Bad Men, bo ten drugi film to dobry przykład podpatrywania kolegów po fachu. Jeśli ktoś jeszcze do kompletu wcześniej odświeży The Covered Wagon z 1923r. Jamesa Cruze'a, to już zupełnie będzie mógł oglądać dzieło Forda, raz za razem wyłapując sceny, motywy i cechy postaci zapożyczone z wcześniejszych westernów. W Trzech Złych Ludziach Ford opowiada o wędrówce osadników, nęconych odkrytym przez Custera złotem w Black Hills. Wiele scen, szczególnie tych z kawalkadą wozów, dorównuje rozmachem Karawanie. Reżyser odchodzi od przypinania bohaterom oczywistej symboliki. Odwraca wizerunek dobrych i złych, tych pierwszych ubierając w stroje szajki zbirów, a drugich w eleganckie garnitury i cynowe gwiazdy. Robił to już częściowo w Żelaznym Koniu. Podobne zabiegi działy się u innych, równoległych twórców. Np. w filmie z Tomem Mixem Napad na K&A ekspres (The Great K&A Train Robbery) z 1926r. zło też czaiło się za fasadą elegancji i perfum.
          Do tego znów dochodzi kwestia wyścigu po ziemię, której Ford jakby troszkę pozazdrościł Williamowi Hartowi. W Synach prerii to było coś spektakularnego, ale przede wszystkim symbolicznego. Miało fascynować i wzruszać. Patrzcie – mówił Hart – tu gdzie jeszcze dekadę temu wiatr przeganiał krzaki, a rządy sprawowali dumni Indianie, teraz zjechał cały przekrój społecznych warstw, by stoczyć „uczciwą” grę i stać się protoplastami nowej społeczności. A biedni synowie prerii albo się do tego przyzwyczają albo odejdą w zapomnienie. U Forda to jest klasyczna gorączka złota. Ludziska próbują się oszwabić wszelkimi możliwymi metodami, a gdy pada symboliczny wystrzał z armaty – ruszają na bój jak gladiatorzy. Wozy się przewracają, konie wzajemnie tratują, a dzieci wypadają z rąk matkom.
         W krótkiej notce nie sposób napisać o wszystkim. Warto jednak zwrócić uwagę na przyjemną grę aktorów, z których najlepiej wypada Tom Santschi. Jego postać to „Bull” Stanley – szef tytułowej trójki złoczyńców, która dołącza do karawany. Panowie są świadkami napaści koniokradów na jeden z wozów, gdzie ginie jego właściciel – osadnik Carlton. Ratują córkę zabitego - Lee (niezła Olive Borden). Z czasem zaczynają ją traktować jak własne dziecko, zmieniając nieco podejście do życia. Kolejnym wartym wymienienia aktorem jest George O’Brien grający młodego kowboja Dana. Ten młodzieniec świetnie sprawdził się już w fordowskim Żelaznym Koniu. W Trzech złych ludziach znów dostał szansę i zagrał świetnie. Do czasów Johna Wayne'a nikt tak dobrze nie wkomponował się w filozofię fordowskiego protagonisty. Także John F. McDonald znany z nieco infantylnej roli majstra w Żelaznym Koniu, tutaj moim zdaniem wypada dużo ciekawiej, choć z typową dla siebie pozą „poczciwego, umorusanego brudem chłopa”.




         Dwie świetne historie opowiedziane przez dwóch świetnych twórców – gorąco polecam.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Hombre - 1967r. i Wrota Niebios (Heaven's Gate) - 1980r.

Poniższy tekst to fragment szerszego, zbiorowego artykułu, który ukazał się na blogu Kinomisja.pl pod tytułem Antywestern, mon amour jako zbiór wybranych tytułów dotyczących westernów rewizjonistycznych:

Hombre – 1967r.
Reżyser: Martin Ritt

Martin Ritt to reżyser rzadko kojarzony z filmami o dzikim zachodzie. A jednak w filmie Hombre z 1967r. osiągnął coś, czego mogą mu pozazdrościć bardziej rozpoznawalni koledzy po fachu. Ten spokojny, momentami apatyczny western, nakręcony na podstawie powieści Elmore'a Leonarda, ma w sobie niezwykłą siłę obrazu i ponadczasowy przekaz. Moc czerpie z dwóch głównych atrybutów: świetnych zdjęć autorstwa Jamesa Wonga Howe'a, którego praca sprawdzała się w produkcjach, gdzie klimat grał kluczową rolę. Warto wymienić Ściganego Raoula Walsha z 1947r. i Barona Arizony Samuela Fullera z 1950r., które to filmy też działy się na dzikim zachodzie, ale klimatem i przekazem mijały się z głównym nurtem gatunku. Drugim i najważniejszym atrybutem filmu Ritta jest gra Paula Newmana. Jego bohater, John Russel, nazywany Hombre, to biały mężczyzna wychowany w rezerwacie Apaczów. Jest to postać, która na twarzy wymalowaną ma całą historię eksterminacji rdzennych mieszkańców Ameryki i to kamienne, smutne lico jest obrazkiem z jakim się nie spotkałem przed wykonaniem Newmana. John wie o rzeczach, o których nowi panowie pogranicza nie mają pojęcia lub nie chcą mieć. Jako pół-Biały gardzi swoimi ziomkami, ale jako pół-Apacz jest gotów się dla nich poświęcić. Ten western ma w sobie sporo ciekawostek, które zainteresują miłośników filmów indiańskich. Czerwonoskórzy towarzysze głównego bohatera w tym ponurym uniwersum po prostu są. Nic więcej. Zepchnięci do marginesu, wyobcowani, głodni, zniechęceni do jakichkolwiek poświęceń czy zrywów narodowowyzwoleńczych...




Wrota Niebios (Heaven's Gate) – 1980r.
Reżyseria: Michael Cimino

O ile Hombre reprezentuje początkowy okres rewizji, o tyle film Wrota niebios (Heaven’s Gate) z 1980r. Michaela Cimino to już zmierzch wzorcowego antywesternu. Zmierz w przenośni i dosłownie. Dlaczego w przenośni? Bo akcja filmu dzieje się w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, w okresie zawieruchy społeczno-emigracyjnej. Pionierzy wild westu są już bogatymi przedsiębiorcami i wielkimi hodowcami bydła, a ich synowie absolwentami Harvardu. Dlaczego dosłownie? Bo klapa finansowa obrazu Cimino zachwiała branżą filmową. Doprowadziła do upadku legendarną wytwórnię United Artists, założoną jeszcze w latach 20’tych, między innymi przez pionierów westernu D.W. Griffitha i Mary Pickford. Musiała minąć dekada, żeby ktoś zdecydował się na wyprodukowanie ambitnego filmu o dzikim zachodzie (1990r. - Tańczący z wilkami). Ale zostawmy w spokoju osobistą porażkę Michaela Cimino, bo wbrew krytycznym opiniom jego film jest piekielnie ciekawy pod wieloma względami. Wrota niebios to interesująca, choć naciągana historycznie, wariacja na temat wojny w hrabstwie Johnson w Wyoming. Wojny między wielkimi hodowcami bydła, a nową falą europejskich emigrantów. Bardzo mocną stroną filmu jest nominowana do Oscara, rozdmuchana do granic możliwości scenografia (zupełnie jak to bywało w filmach Griffitha). Nawet w europejskich westernach nie przedstawiano dzikiego zachodu w tak europejskich barwach jak tu. Błotniste, kamieniste pola, obrabiane przez nieznające angielskiego wdowy z dziećmi. Tłoczące się w drewnianych budach setki przerażonych Ameryką migrantów, niczym w obozach koncentracyjnych. Ludzie reprezentujący multum kultur; posługujący się dziesiątkami języków. Istna wieża Babel. Korupcja i niesprawiedliwość, której przeciwstawić się mają odwagę nieliczni. To bardzo przejmujący obraz – z typowym dla Michaela Cimino naciskiem na obyczajowość i codzienne życie zwykłych ludzi.



sobota, 28 października 2017

Red Dead Redemption (X-Box 360) - 2010r.

Western to nie tylko filmy, książki czy komiksy, ale też gry wideo. Ba, w dzisiejszych czasach wirtualna rzeczywistość to medium, które z ogromnym postępem zawłaszcza coraz większy obszar przemysłu rozrywkowego i tylko patrzeć jak zastąpi na tronie kino. Ja osobiście reprezentuję pokolenie, które dorastało już w obecności komputerów i konsol, choć technologia w tamtych czasach nie była jeszcze zaawansowała, więc częściej wybieraliśmy grę w piłkę. Teraz z kolei, z uwagi na pracę i rodzinę, nie gram już tyle co kiedyś. Tym niemniej Red Dead Redemption to tytuł, który od wielu lat chodził za mną jak cień, a że w przyszłym roku ma mieć premierę druga część – postanowiłem nadrobić zaległość, przejść pierwszą odsłonę i podzielić się wrażeniami. Bo w końcu „renegatem jestem i nic co westernowe nie jest mi obce”.
         Gra Red Dead Redemption miała premierę w 2010r., a jej twórcą jest popularne studio Rockstar Games, znane z serii gier Grand Theft Auto (GTA). Można powiedzieć, że RDR jest odpowiednikiem GTA, tylko że akcja dzieje się na dzikim zachodzie. Gra jest zarazem kontynuacją wcześniejszego Red Dead Revolver z 2004r., w którego nie miałem niestety okazji nigdy zagrać, ale być może kiedyś to nadrobię. Żeby było śmiesznie RDRedemption jest już na tyle stara, że nie ma wersji na posiadaną przeze mnie konsolę Playstation 4. Tym samym żeby zagrać, musiałem się trochę wysilić i pożyczyć od kuzyna starszą konsolę X-Box 360, na którą dopiero udało mi się kupić grę. No ale czego się nie robi dla westernów?
         Akcja gry dzieje się w czasach zmierzchu dzikiego zachodu, gdy niegdysiejszy frontier poprzecinany jest już torami kolejowymi. Rząd i nauka z buciorami wpychają się na prerię, a w miasteczkach jeżdżą automobile. W tych realiach próbuje odnaleźć się John Marston - rewolwerowiec, ex-kryminalista i mściciel. Rządowi agenci porwali mu żonę i dziecko, by w ten sposób wymusić chęć współpracy przy ujęciu trzech najgroźniejszych członków jego byłego gangu. Podczas próby złapania jednego z nich, John zostaje ranny i ledwo uchodzi z życiem. Pomocy udziela mu córka miejscowego ranczera Bonnie Macfarlane (to ta blond piękność z winchesterem). Kobieta zabiera go na ranczo, gdzie John dochodzi do zdrowia, następnie dostaje szansę na odkupienie. W ten sposób zaczyna się trwająca wiele godzin i ocierająca się o multum wątków i terytoriów przygoda.
         John Marston to postać żywcem wyciągnięta ze spaghetti westernów – łowca głów, profesjonalista i mściciel o mrocznej przeszłości i skomplikowanej teraźniejszości. W grze jego sytuacja jest bardzo trudna, a motywy podejmowanych decyzji zawiłe i niezrozumiałe. Dzięki temu rozgrywka od samego początku wciąga i trzyma w napięciu. W miarę upływu czasu dowiadujemy się więcej o przeszłości głównego bohatera i zaczynamy rozumieć, o co tak naprawdę toczy się jego walka. Pozostałe postaci to szeroki wachlarz westernowych charakterów, pasujących do tego, co znamy zarówno z klasyki, jak i rewizji.
         Z kolei czasy, w których toczy się akcja gry, to początek dwudziestego wieku. Jest to uniwersum mniej więcej takie jakie pamiętamy z Peckinpaha (Dzika Banda, Ballada o Cable’u Hogue'u), z Leone (Garść Dynamitu) czy Brooksa (Zawodowcy). Prawdziwy dziki zachód rozgrywa się już tylko na południe od Rio Grande. W Stanach cywilizacja tłamsi prerię, a jej legendarnych bohaterów tępi jak robactwo. Wszędzie już dotarła kolej, a w miasteczkach jeżdżą samochody i straszą słupy telefoniczne. W wojskowych potyczkach dudnią serie wystrzeliwane ze złowrogich Gatlingów. Rezydenci starego dobrego zachodu jakoś próbują się w tych realiach odnaleźć. Jedni zakładają rodziny i kupują farmy; inni robią za najemników w Rewolucji Meksykańskiej; a jeszcze inni szukają zaawansowanych sposobów, by nie wypaść z branży i dalej napadać na banki i dyliżanse.
         Muszę przyznać, że wirtualny dziki zachód, w którym poruszamy się w grze, został zbudowany bardzo umiejętnie i spektakularnie. Co prawda gra się już nieco postarzała (minęło w końcu siedem lat) i grafika nie powala na kolana, ale plenery robią wrażenie i rozpieszczają różnorodnością, nawiązując do najlepszych pozycji kinematografii. Świat jest otwarty podobnie jak w GTA albo trzeciej odsłonie Wiedźmina, co daje nam swobodę ruchów i podejmowania decyzji. Pojawiają się miejsca wizualnie wzorowane na prawdziwych lokacjach takich jak Monument Valley czy Rio Grande. Mamy też możliwość zapuszczania się w ośnieżone szczyty górskie, pustynie, czy tętniące życiem prerie.
         W głównej linii fabularnej, o której zresztą nie będę wiele pisał, żeby nie psuć nikomu zabawy, John bierze udział w szeregu typowych dla gatunku wydarzeń. Zarówno przyziemnych takich jak spędy bydła, polowania na dzikie zwierzęta i bandy złoczyńców, ale także w wielkich wydarzeniach historycznych jak Rewolucja Meksykańska. Poza główną rozgrywką mamy do dyspozycji szereg misji pobocznych, w którym możemy ujeżdżać konie, ścigać wyjętych spod prawa bandytów, pomagać w pracy ranczerom i osadnikom, brać udział w poszukiwaniach zaginionych osób, a nawet przewozić paczki z opium. Możemy też grać w karty, pić whisky i korzystać z innych uroków saloonowego życia.

         Nie jestem specem od recenzowania gier, więc nie będę się rozpisywał. Ale jeśli ktoś lubi zarówno konsole jak i westerny, a jeszcze nie miał okazji sięgnąć po Red Dead Redemption, to ja osobiście gorąco do tego namawiam. Już w 2018r. ma ukazać się kolejna odsłona gry i przyznam szczerze, że już się nie mogę doczekać. Już poleruję rewolwery i ładuję Winchestera. Polecam.


sobota, 14 października 2017

Deadwood (Serial), lata 2004 - 2006

Szukając w filmach o dzikim zachodzie drobiazgowej obyczajowości, niezłej scenografii, postaci i wydarzeń historycznych, warto skierować się w stronę serialu Deadwood. To realistyczna wizja gorączki złota Gór Czarnych, a zarazem perypetii setek pionierów, którzy w pierwszej połowie lat 70'tych XIXw., ruszyli na terytorium dzisiejszej Dakoty Południowej w poszukiwaniu szczęścia. Założyli owiane złą sławą miasteczko, gdzie nie obowiązywało prawo USA i do którego zjechało wiele ówczesnych sław dzikiego zachodu, jak Dziki Bill Hickok, Seth Bullock czy Calamity Jane. Serial składa się z trzech sezonów nakręconych w latach 2004 – 2006, a każdy sezon z dwunastu odcinków, co w sumie daje solidną porcję ponad trzydziestu godzin oglądania.
         Twórcą serialu jest David Milch, a autorem pilotowego odcinka Walter Hill, czyli reżyser, dla którego western to chleb powszedni. Na swoim koncie miał wtedy takie tytuły jak Straceńcy (Long Riders) z 1980, Geronimo z 1993r., czy oparty na fabule leonowskiego Za garść dolarów, film gangsterski Ostatni Sprawiedliwy (Last Man Standing) z 1996r. Ponieważ pilot wypalił – serial wyprodukowano z pełną parą. Oprócz Hilla za reżyserię odcinków odpowiada szeroka grupa reżyserów, spośród których najczęściej pojawia się nazwisko Eda Bianchi.
         Mamy tu do czynienia z szerokim wachlarzem ludzkich charakterów i pełnym przekrojem warstw społecznych, biorących udział w ujarzmianiu zachodu. Tym niemniej główny nacisk położono na mechanizmy powstawania nowomiasteczkowego społeczeństwa. Kształtowania się establishmentu, na który składały się zarówno dobrze sytuowane osoby ze wschodu, potentaci górnictwa jak i poszukiwacze przygód czy zwykli kryminaliści. Z drugiej strony nie dostajemy w serialu zbyt wielu scen sensacyjnych jak strzelaniny, pościgi czy napady. Więcej tu szemranych interesów i podrzynań gardeł, no i jak to w codziennym życiu bywa, bardziej emocjonujące wypadki zdarzają się rzadko – raz na kilka odcinków.
          Dobór obsady wydaje się trafiony w dziesiątkę. Spośród aktorów w oczy najbardziej rzuca się Ian Mcshane grający Alla Swearengena – właściciela burdelu Gem Theater, który to przybytek, niczym ratusz, stanowi punkt centralny miasta, a zarazem miejsce podejmowania najważniejszych decyzji dotyczących życia mieszkańców. All Swearengen przypomina postać opisywaną na kartach historii – jest charyzmatycznym brutalem obdarzonym ponadprzeciętną przenikliwością. Jest to typ człowieka, który na swoje barki bierze zarówno zawieranie skomplikowanych politycznych sojuszów, jak i ścieranie z podłogi plam krwi po zadźganych nożem nieszczęśnikach. Postać z krwi i kości i jeden z najlepiej rozpisanych bohaterów serialowych jakich miałem okazję oglądać.
         Swearengen to nie jedyna postać historyczna. W pierwszym sezonie pojawia się Dziki Bill Hickok (w którego wcielił się Keith Carradine), a wraz z nim Calamity Jane (świetnie zagrana przez Robin Weigert). Perypetie tej dwójki zupełnie nie przypominają obrazu wykreowanego przez klasyczne westerny. Szczególnie nadużywającej alkoholu Jane poświecono w serialu sporo miejsca, a Weigert gra we wszystkich trzech sezonach i w zasadzie pojawia się w każdym odcinku. Znaną postacią prawdziwego Deadwood jest też szeryf Seth Bullock – w tej roli wystąpił Timothy Oliphant (Hitman, serial Justified). To też bardzo ważna dla Deadwood postać i sądzę, że początkowo scenarzyści planowali poświęcić mu więcej stron w zeszycie, ale w naturalny sposób ten przywilej odebrał mu All, kradnąc show. W trzecim sezonie pojawiają się nawet bracia Wyatt i Virgil Earp – co faktycznie miało miejsce w prawdziwym Deadwood, choć z tego co czytałem Bullock umiejętnie zniechęcił słynnego szeryfa do pozostania w Black Hills i ten szybko wrócił do Dodge City. Także i w tym przypadku realizm, z jakim twórcy podeszli do kreowania postaci, da się we znaki osobom przyzwyczajonym do Wyatta Earpa spod znaku Henry Fondy, Kevina Costnera a nawet Kurta Russela. Poza tym pojawia się cała plejada pobocznych postaci, reprezentujących typowe dla westernowych realiów zawody i charaktery.
         Nakręcono trzy sezony Deadwood i wszystkie są dosyć równe. Trzeci sezon, choć bardzo ciekawy fabularnie, cechuje pewne wyczerpanie pierwotnej koncepcji, a tym samym stagnacja – być może to było powodem zakończenia serii na trzecim sezonie. Kolejną przeszkodą stał się niesławny strajk scenarzystów Hollywood, który na kilka lat sparaliżował serialowe produkcje. Dodatkowo w Deadwood koncentracja na perypetiach wąskiej grupy bohaterów, umiejscowionych w zasadzie w jednym miejscu (w kilku lokalizacjach, takich jak Saloon Swearengena, miejscowy Hotel, Sklep z narzędziami szeryfa, itp.) sprawiła, że zastępczy scenarzyści nie byli w stanie wyciągną z tego niczego więcej. Może gdyby serial nieco bardziej globalnie i terytorialnie podchodził do gorączki złota i sporu o Góry Czarne, gdyby oferował więcej plenerowej rozgrywki, więcej typowo westernowej akcji, więcej Indian (jak to było w pierwszym sezonie, gdzie mieliśmy walkę Bullocka z Indianinem w górach; napad na szwedzką rodzinę; czy morderstwo na złotonośnej działce) – łatwiej dałoby się zrobić z niego wielosezonowego tasiemca. Potencjał na pewno był.

         Nie mam zamiaru rozpisywać się o poszczególnych wątkach i postaciach, więc w tym miejscu po prostu powiem pass i dodam, że gorąco polecam sprawdzić serial osobiście, bo warto.

.


czwartek, 21 września 2017

Wicher (The Wind) z 1928r. - podsumowanie niemego westernu

Epoka kina niemego to okres trudny do okiełznania z kilku powodów. Po pierwsze nie było dźwięku – co dla człowieka urodzonego i wychowanego w epoce filmów udźwiękowionych stanowi sporą barierę percepcyjną. Trzeba się przestawić na zupełnie inne fale odbioru i uruchomić rzadziej używane sensory. Trzeba też uzbroić się w cierpliwość i zrozumienie czasu, bo można trafić na zaskakujący naturalizm, brutalność i ksenofobię. Np. znęcanie się nad zwierzętami jak w Milioner z rodeo (Cowboy Millionaire) z 1909r. Francisa Boggsa. Albo poniżanie Afroamerykanów (a w zasadzie pomalowanych na czarno Białych) jak w wyżej wymienionym filmie lub w Napadzie w Górach Skalistych (From Leadville to Aspen: A Hold-Up in the Rockies) z 1906r. Francisa Mariona.
         Po drugie tych filmów powstały tysiące. Fajny jest początek studiowania kina niemego, idąc chronologicznie. Pierwszy rok – cztery czy pięć westernów; drugi rok – kilka kolejnych, trzeci rok parę następnych; czwarty kilkanaście; rok 1925 – dwieście siedemdziesiąt dwa westerny! etc. Ta filmowa bomba wybuchła jak pęknięty atom, a twórcza inflacja szła z postępem geometrycznym i w pewnym momencie, mimo szczerych chęci, poległem, dalszą drogę przechodząc prowadzony za rękę przez wcześniejsze pokolenia krytyków. Jeśli komuś kiedyś uda się obejrzeć wszystkie nieme westerny, to stanie się moim największym idolem.
         Po trzecie jest coś niepokojącego w spędzaniu bitych kilku miesięcy na eksploracji taśm sprzed wieku. W epokach klasycznej i post-klasycznej nakręcono jeszcze więcej westernów i z każdym kolejnym dniem poświęconym na oglądanie kina niemego miałem poczucie zmarnowanego czasu, który mogłem wykorzystać na robienie tego samego tylko w najlepszych latach Hollywood. Ostatecznie takiego poczucia nie mam, bo czuję, że to było brakujące ogniwo mojej literacko-westernowej perspektywy i teraz wycieczki do późniejszych epok nabiorą nowego znaczenia.
         No i po czwarte jakość – mnóstwo zachowanych filmów, mimo ciekawej fabuły i zaskakujących efektów wizualnych, nie spełni oczekiwań dzisiejszego widza pod względem jakościowym. Np. tylko wariaci będą w stanie obejrzeć ponad czterdziesto-minutową Ostatnią walkę Custera (Custer's Last Fight) z 1912r. Thomasa Ince'a będącą pierwowzorem dla dziesiątek późniejszych filmów o kontrowersyjnym amerykańskim dowódcy. Albo niespełna półgodzinny Napad na bank (The Bank Robbery) z 1908r. Williama Tilghmana, w którym osobiście gra sławny bandyta All Jennings. Czy niemal godzinny Celny Strzał (Straight Shooting) z 1917r. - najstarszy zachowany western Jacka Forda. To bardzo ciekawe filmy, ale zachowały się naprawdę słabe kopie.
         Tak więc pierwszy etap romansu z niemym kinem uważam za zamknięty – muszę trochę odpocząć i zająć się innymi epokami. Będę wracał do początków jeszcze wielokrotnie i myślę, że moje opinie zdążą się w międzyczasie zestarzeć. Na razie napiszę tylko, że z tego kotła czarownic wyklarował mi się podział na trzy główne okresy:

         Okres przed-fabularny (1894 – 1914) czyli od pamiętnych nagrań ze studia Thomasa Edisona z udziałem Siouxów aż po rok 1914, kiedy to powstały pierwsze pełnometrażowe westerny, w tym najstarszy zachowany pt. Mąż Indianki (The Squaw Man) Cecila DeMille'a. Pośród najciekawszych filmów okresu przed-fabularnego znajdą się głównie westerny Davida W. Griffitha, bo to chyba najbardziej utalentowany twórca epoki kina niemego. Zapadają w pamięć indiańskie antywesterny Zmierzch Czerwonoskorych (The Red Man's View) z 1909r. i Ramona z 1910r. - oba filmy z dużą dozą wrażliwości na los rdzennych mieszkańców Ameryki; osadniczo-kawaleryjskie Ostatnia kropla wody (The Last Drop of Water) z 1911r., Żołnierska krew (Fighting Blood) z 1911r., Masakra (The Massacre) z 1912r., które zadziwiają rozbudowaną scenografią, ilością statystów i zwierząt, a także pomysłowością reżyserską. Co jeszcze? Napad na ekspres (The Great Train Robbery) z 1903r. Edwina Portera – wiele się mówi o fabule i cechach tego filmu, ale rzadko zauważa się, że jest on zachowany w naprawdę niezłej jakości jak na tamte lata; przy okazji warto też obejrzeć Napad na mini-ekspres (The Little Train Robbery) z 1905r. tego samego reżysera, który to film jest prawdopodobnie pierwszą westernową parodią; Poświęcenie Białego Jelenia (White Fawn's Devotion) z 1910r. Jamesa Younga Deera, czyli najstarszy zachowany western nakręcony przez Indian. W ramach ciekawostki można obejrzeć filmiki z wygłupami Broncho Billa, których zachowało się sporo, choć osobiście nie rozumiem ich ówczesnej popularności.

         Okres fabularny (1914 – 1923) od wyżej wymienionego kamienia milowego aż do pierwszego epickiego obrazu o dzikim zachodzie czyli Karawany (Covered Wagon) Jamesa Cruze'a. Z tego okresu wiele nie wymienię, bo to u mnie wciąż czarna dziura i azymut kolejnej wycieczki poszukiwawczej, którą planuję za jakiś czas. Na pewno warto przeanalizować Męża Indianki (The Squaw Man) z 1914r. czyli debiut Cecila DeMille'a, bo to kamień milowy kinematografii; także inny znany western tego reżysera z 1914r., a mianowicie Wirgińczyka (The Virginian) - oba z Dustinem Farnumem. Zdobywców (The Spoilers) z 1914r. Collina Campbella, czyli pierwowzór wielu późniejszych adaptacji powieści Rexa Beacha o gorączce złota na Alasce - niestety to film dosyć długi, a nie znalazłem dobrej jakościowo kopii. Bramy piekła (Hell's Hinges) z 1916r. Williama Harta – jeden z najbardziej pesymistycznych westernów epoki kina niemego. Wzorcowym przykładem westernu o szeryfie z trudną przeszłością jest inny film Harta: Szeryf z Yellow Dog (The Return of Draw Egan). Psychofanom Johna Forda polecam analizę początków jego kariery czyli Celny Strzał (Straight Shooting) i Kowboj w Nowym Jorku (Bucking Brodway) oba z 1917r.

         Złoty okres (1923 – 1928) czyli czas, gdy powstały najwybitniejsze nieme westerny: od wcześniejszego kamienia milowego do pierwszego westernu udźwiękowionego W starej Arizonie (In Old Arizona) z 1928r. Irvinga Cummingsa i Roula Walsha. Golden age to wcześniej wymieniona Karawana Cruze'a - w epicki sposób obrazująca wędrówkę osadników z Kansas do Oregonu; Pony Express z 1925r. tego samego reżysera, opisujący dzieje słynnej poczty konnej kursującej w latach 60'tych między Kalifornią i Missouri. Żelazny koń (Iron Horse) z 1924r. zrealizowany z rozmachem, choć przesiąknięty narodową i anty-indiańską propagandą pełnometrażowy debiut Johna Forda; Trzech złych ludzi (3 Bad Men) z 1926r. tego samego reżysera – lepszy od debiutu obraz wyścigu po ziemię na terytorium Dakoty; Synowie prerii (Tumbleweeds) z 1925r. Williama Harta, czyli jeden z najwspanialszych westernów epoki niemej, opowiadający o ujarzmianiu ostatnich wolnych połaci prerii – ten film zaliczam do mojego osobistego Top3; Jeźdźcy purpurowego stepu (Raiders of the Purple Sage) z 1925r. Lynna Reynoldsa, podejmujący tematykę zemsty i bezprawia; Napad na K & A ekspres (The Great K & A Train Robbery) z 1926r. Lewisa Seilera – brawurowo zrealizowany western sensacyjny z dużą dozą poczucia humoru.

         Jednak bezwzględną koronę pośród niemych westernów zdobywa u mnie Wicher (The Wind) z 1928r. w reżyserii Victora Sjostroma. Ten pierwszy wielki western psychologiczny to nie tylko jeden z najlepszych filmów o dzikim zachodzie epoki kina niemego, ale w ogóle arcydzieło kinematografii. Począwszy od niezapomnianej gry Lillian Gish i Larsa Hansona, poprzez zadziwiającą realizację i efekty specjalne, aż po przeszywającą umysł wizję zachodu przedstawioną oczami cierpiącej na ankraofobię młodej dziewczyny ze wschodu. Nie ma co gadać – Wicher to pozycja obowiązkowa dla każdego kinomaniaka i trzeba go po prostu obejrzeć.
         Jest to historia młodej dziewczyny imieniem Letty (rewelacyjna Lillian Gish). Jej beztroski żywot w Wirginii zostaje przerwany śmiercią rodziców. Rodzinna tragedia zmusza niewinną, naiwną Letty do przeprowadzki do Teksasu, gdzie mieszka jej kuzyn Beverly (Edward Earle). Niestety wizja przyjęcia z otwartymi ramionami w nowej, wspaniałej krainie okazuje się mrzonką. Dominująca w małżeństwie brata żona Cora (niezła Dorothy Cumming) upatruje w przyjeździe pięknej Letty spisek mający na celu odebranie jej męża. Szybko zniechęca szwagierkę do pobytu w ich domu. Letty, rozczarowana odrzuconą propozycją małżeńską przez bogatego ranczera Roddy’ego (Montagu Love), bez środków do życia zostaje zmuszona wyjść za mąż za jednego z rubasznych sąsiadów – prostego kowboja imieniem Lige (genialny Lars Hanson). Niedopasowane małżeństwo, surowe warunki życia i nieustannie wiejący wiatr sprawiają, że młodzi ulegają przeobrażeniu. Lige poważnieje i staje się twardym człowiekiem zachodu. Z kolei cierpiąca na lęk przed wiatrem Letty powoli popada w szaleństwo...
         Warto pochylić się nad kwestią samego wiatru, który jest tu jednym z głównych bohaterów. Wieje bez przerwy. Momentami słabiej, czasem mocniej, ale nie ma chwili bez wichru i nawiewanego przez niego piachu. Jest taka pamiętna myśl Letty, która idealnie obrazuje klimat filmu, a zarazem nabrzmiewającą u bohaterki schizofrenię:

I tylko wiatr i piach, i piach, i wiatr. Dziś, jutro, na zawsze...

         Doczytałem, że aby osiągnąć ten efekt ustawiono na kalifornijskiej pustyni Mojave osiem samolotów, których śmigła wirowały w trakcie zdjęć. Tym samym ekipie pracującej nad Wichrem należą się gromkie brawa za wytrwałość i pomysłowość. W ramach ciekawostki można dodać, że w tym filmie po raz pierwszy w historii zobrazowano nadejście tornada! Jest tu też wiele innych efektów wizualnych i dźwiękowych, które wzmagają klimat przenikliwego strachu i obłędu.
         Jeśli chodzi o Lillian Gish, to ja widziałem ją przede wszystkim u Griffitha (Narodziny narodu, Nietolerancja). Pamiętam też jej występy w westernach dźwiękowych (Pojedynek w słońcu, Nie do przebaczenia). Udział w The Wind był nietypową dla niej rolą (odejście od schematu niewinnego podlotka na rzecz kreacji dramatycznej). Okazało się to to dobrą decyzją, bo Gish zagrała świetnie. Mając za narzędzia wyrazu tylko pozy i mimikę, pokazała poprzez swą bohaterkę niemoc, lęk i obłęd jakich nie powstydziłyby się postaci z filmów Hitchcocka i Polańskiego.
         Duże uznanie też dla Larsa Hansona. Co prawda jego bohater Lige to w porównaniu z Letty postać drugoplanowa. Tym niemniej metamorfoza jakiej doznaje po „małżeńskim rozczarowaniu” to aktorski majstersztyk. Jakby w tym filmie grało dwóch różnych facetów.
         I na koniec najważniejsza kwestia. Wizja dzikiego zachodu o skali iluzji, jakiej trudno doświadczyć nawet u największych westernowych artystów. W Wichrze dostajemy ponury obraz miejsca, gdzie nie da się normalnie żyć, ale wcale nie jest to zasługą bandytów, Indian, wielkich hodowców bydła, przemysłowych potentatów, kolejowych baronów, a nawet głodu, bezeceństwa czy egipskich plag. Prostota zastosowanych narzędzi przekazu daje Sjostromowi przewagę nad innymi antypoetami obrazu, bo u niego pierwiastkiem zakrzywienia jest najbardziej pospolity żywioł – wiatr. Ten surrealizm da się z łatwością pojąć i usprawiedliwić. To nie Teksas jest mroczny, wietrzny, surowy, halucynogenny i okrutny. On taki jest tylko w oczach dotkniętej lękiem przed wiatrem Letty. Czyli w oczach, którymi widzimy go wraz z nią...
         Oglądając, zastanówcie się na tym i po seansie dajcie znać, czy też tak to widzicie.

         Gorąco polecam.